piątek, 25 kwietnia 2008
Wracamy do pisania bloga! Podróż szlakiem wuja Ho czeka na kolejną odsłone....a więc start!
Już południe, ale jest wyjatkowo przyjemnie. Ani za chłodno, ani za gorąco. Niebo spowite miłymi potulnymi białymi barankami i mniej sympatycznymi ciemnymi chmurami (czyżby to kumulusy?) - ale myślę, że deszczu nie będzie. Droga przyjemnie pnie sie w górę, asfalt jest świeżo położony i prosty jak tafla lodu - droga pokryta małymi kamyczkami, po bokach aluminiowe barierki, dodatkowo jakies białe linie wymalowane wdłuż poboczy... no i żywego ducha nie ma! Wspaniałe odprężenie nie ma końca - po zgiełku i codziennym gwarze wietnamskiej rzeczywistości, przyjemna cisza. Krajobraz początkowo wydaje mi się bardzo ciekawy: dżungla, pojedyncze domy - tochę w budowie, część juz zbudowana i pokryta żółtą farbą z naciekami zielonych porostów, rzeczki i różnorodne jedziorka i rozlewiska wodne, wystajace z dżungli skalne nawisy zieleni, skały. ...wszystko zaczyna sie powoli robić monotonne. Cały czas to samo....no może z wyjątkiem mijanych na drodze motorów - z których wiekszość ma kluczyki w stacyjkach. Ale stale żadnych ludzi. Błogostan i melancholia.... jak na zdjęciach poniżej.... Ogarnia mnie znudzenie. Przyspieszam. Aż tu nagle, ZONG!!!! Za zakrętem na drodze wielki głazior. Udaje mi się go zwinnie ominąć, ale na samą myśl o tym, ze ktoś mógłby jechać z naprzeciwka przechodzi mnie zimny dreszcz. Albo gdybym to ja się zagapił , brrr.... Najwyższa pora na odpoczynek i kanapeczkę. Swoją drogą jakby tak spadło to "coś" na jadący motor lub samochód - mogłoby być niewesolo... KAMYCZEK, KURNA.... Z ZZA ZAKRĘTU ZBYTNIO GO NIE WIDAĆ DLA PORÓWNANIA - MOTOR. JEST Z CZYM SIĘ ZDERZYĆ! W penym momencie domy znikneły zupełnie, a dookola rozpościerala sie już tylko dżungla. Wspaniale i ogromne drzewa, kilkumetrowe paprocie (to zdjęcie muszę pokazać babci, która od lat choduje w swoim mieszkaniu paprotkę. Jej "krzaczek" ma blisko metr wysokości, ale chyba nie ma ona pełnej swiadomości jakie mogą być efekty rozrostu wspomnianej rośliny), pnące się dookoła drzew liany i kłącza. Dotychczasowa cisza zamienia sie w miły, nastrojowy jazgot dochodzący z wnętrza zielonego kłebowiska. Śpiewy ptaków, popiskiwania, buczenie, mruczenie, dzikie odglosy małp, ujadanie, wycie... Zaczynam sie zastanawiać, które z tych zwierząt uda mi się spotkać. Narazie jednak zamiast zwierząt pojawiaję się znaki drogowe i jakieś murowane słupki z tablicami. Wydaje mi się to dość zabawne bo na poprzednich odcinkach znaków było niewiele (albo wcale nie istniały), a tu nagle takie zagęszczenie. Pojawiają się znaki we właściwych miejscach na równi z tymi w zupełnie w bezsensownych lokalizacjach. Wygląda to trochę tak, jakgdyby był plan i budżet na oznakowanie drogi, a robotnicy przypomnieli sobie o tym fakcie w ostatnim momencie i nastawiali znaków. Gigantem jest znak położony 100 metrów za skrzyżowaniem informujący o rozjeździe. Żeby było zabawniej jest on ustawionyn na poboczu i wskazuje drogi do nikąd. Ha ha ha, koniec świata jest coraz bliżej. DŻUNGLA I DŻUNGLA II MOST TRA ANG SKRZYŻOWANIE DO NIKĄD Tylko co minąłem śmieszne skrzyżowanie zaczęło się to czego oczekiwałem. Nie ma o czym pisać. Wystarczą zdjęcia. Droga zatarasowana błotnymi lawinami. Część lawin zostałą zgarnięta na bok - tak aby umożliwić przejazd; część jest w trakcie usuwania - o czym dobitnie świadczą pozostawione przy zwałowiskach maszyny. A kilka lawin musiało zejść dopiero co oczym świadczą pracujące na miejscu maszyny. Większość tego sprzętu to mocno używane maszyny japońskie, koreańskie i chińskie - chociaż z chińskim sprzętem to różnie bywa, bo zazwyczaj po kilku miesiącach używania wygląda jak kilkuletni...
wtorek, 25 marca 2008
Ảnh bạo loạn tại Tây Tạng Hơn một tuần sau vụ gây rối dẫn đến chết người tại thủ phủ Lhasa của Tây Tạng, Tân Hoa xã hôm nay công bố các bức ảnh về sự kiện này, cho thấy nhiều cửa hàng bị đốt phá và cướp bóc tan hoang.
Đình Chính
środa, 12 marca 2008
Bill Gates kontra Ho Szi Min Według wietnamskiego prawa wszystkie media muszą podlegać jakiemuś ministerstwu. W jaki sposób "VN-Express" udało się zostać wyjątkiem, to prawdziwie budująca historia o tym, jak technika potrafi zmienić układ sił. Kiedy Thang wrócił ze Szwecji, zaproponowano mu, by stworzył stronę informacyjną państwowej firmy internetowej FPT. Publikował wiadomości z branży, ale też i inne, których ludzie byli ciekawi. Nie pisał natomiast nic o wielkim Leninie. Robili to wszyscy inni - musieli - ale on przecież siedział w komputerach, a przełomowe myśli Lenina na temat cyberprzestrzeni sprawiały wrażenie nieco enigmatycznych. Więc nie musiał... Gości przybywało, a po półtora roku strona firmy była już największym medium w kraju. Tak to mniej więcej się odbyło. Jakby Polacy odrzucili "Gazetę Wyborczą" i zaczęli ściągać wiadomości ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Oczywiście rząd wkrótce zorientował się, że oto znalazł się środek przekazu poza kontrolą partii! A więc należało go zamknąć. Ale wtedy "VNE" miał już 2 miliony czytelników. W czasie gdy Wietnam starał się o członkostwo w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Niezbyt dobry moment na politykę policyjnej pałki. "VNE" nie został zamknięty, zrodził się więc problem: który z ministrów ma odpowiadać za ten produkt? Weźcie ode mnie ten kielich - odparł pierwszy zapytany. Drugi również przejawił niechęć. Podobnie trzeci. I tak już zostało. "VN-Express" jest jedynym tytułem niepodlegającym żadnemu ministerstwu. A ponieważ w międzyczasie państwowa FPT weszła na giełdę, nikt tak naprawdę nie wie, kto jest właścicielem głównego źródła wiadomości w Wietnamie. Akurat to nie spędza snu z powiek Ducowi Thangowi, choć zdaje sobie sprawę, że wystarczy jedno słowo z Biura Politycznego, by wyłączono jego gazetę. Ale wie również, że dziesiątki milionów obywateli dowiedzą się o tym w ciągu godziny. Niezwykle trudno jest wypowiadać się na temat przyszłości Wietnamu, gdyż jego przywódcy, chwalebni zwycięzcy wojny z USA, zdają się jeszcze bardziej paranoiczni i wyalienowani z własnego społeczeństwa niż byli władcy radzieccy. Wiosną 2006 roku skonfiskowali cały nakład tygodnika "Tuoi Tre". Jego kryminalny zamysł polegał na ankiecie czytelniczej: "Kto jest najbardziej podziwianą osobą w Wietnamie?". Przestępstwo polegało na tym, że przewodniczący Ho Szi Min znalazł się dopiero na trzecim miejscu. - Po tym - twierdzi pewien dziennikarz - żadna gazeta nie odważy się spytać, kto jest najpiękniejszą kobietą w Wietnamie. Kogoś może zaciekawi, kto znalazł się na miejscu pierwszym? Niejaki Bill Gates. _________________________________________________________________ link do calego artykulu: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,5004147.html Pan Zaręba pozwolił sobie poczynić ciekawy artykuł, dobry jest opis zmonopolizowanego przez państwo przekazu medialnego. Kontroli (o ile nie własności Państwa) podlegają tu prawie wszystkie media (TV, RADIO, PRASA i CZĘŚCIOWO INTERNET), ale można dodać kilka komentarzy. #1. Ubawił mnie fragment o pograniczniku, czyli zapemne chodziło o funkcjonariusza wspomnianej już w tym blogu CONG AN (Służba Porządku Publicznego - odpowiednik zjednoczonej policji) wydziału A18 (który jest odpowiednikiem naszej Straży Granicznej). Wietnamscy urzędnicy może nie należą do wesołych i uprzejmych. Ale proponuję porównać to z obsługą na przykład na "Okęciu" - ja mam przyjemność latać do Polski regularnie i postawa polskiej Straży Granicznej i Urzędników Celnych pozostawia wiele do życzenia. Proponuję spróbować w Polsce powiedziec "good morning".....nie wiem jaki będzie rezultat bo po powiedzeniu "Dzień Dobry" nie ma żadnej odpowiedzi. Myślę, że to nie działa generalnie w wielu krajach. #2. "Mercedes i IKEA, Sony i ABB zdają się znakomicie czuć w tym środowisku. Bo kiedy da się w łapę za niezbędne zezwolenia, ma się prawo korzystać z taniej i bezbronnej siły roboczej". Niestety w tym fragmencie mija się Pan z prawdą. Akurat firmy pokroju IKEA, SONY czy MERCEDES nie muszą dawać w łapę. Ich wielkość i wsparcie państwowej administracji szwedzkiej, japońskiej czy niemieckiej pozwala im na działalność bez jakichś strasznych łapówek. Łapówka zresztą, w przypadku inwestowania w Wietnamie przyspiesza, ale na pewno niczego nie załatwia. Co do taniej siły roboczej to jest to również dyskusyjne, zachodnie koncerny płacą zazwyczaj więcej niż lokalne firmy - a dostosowują swoje płace do poziomu płac i poziomu cen na rynku. Poza tym większość wymienionych firm daje nie tylko dobre pensje, ale również pakiet socjalny - o którym w większości firm wietnamskich można tylko pomarzyć. Płacą za nadgodziny - chyba nie jest tak źle Panie redaktorze. Patologicznym przykładem jest firma NIKE - warto było napisać o nich.... Minimalna pensja w Wietnamie, dla FOREIGN INVESTMENT COMPANIES wynosi: VND900,000 US$56.25 + świadczenia socjalne i medyczne - 17% pensji. Więkość firm płaci więcej swoim pracownikom. Zazwyczaj minimalne pensje w firmach zagranicznych oscyliują na poziomie 100USD/miesięcznie dla pracowników niewykwalifikowanych. Rosną wraz z pozycją pracownika w firmie i zwiększaniem się jego doświadczenia i umiejętności. To mało, ale zwykły posiłek w Wietnamie cały czas kosztuje poniżej 1 USD na osobę. A wietnamski kodeks pracy, nie jest aż tak zabudowany jak w Europie, ale daje pracownikowi sporo przywilejów. Jak wygląda przestrzeganie kodeksu pracy to zupełnie inna sprawa - ale myślę, że podobne problemy nie są inne niż w Polsce. #3. Dobra jest wstawka o Szwecji. Szwecja od zawsze występuje w takiej ciekawej roli, jak kobieta, która jest troszkę w ciąży. #4. Gdy w Hanoi wstukać do wyszukiwarki "human rights Vietnam", komputer odpowiada "page not found". - a tak ta strona jest zablokowana. Ale na przykład strona ANTYRZĄDOWEJ GAZETKI WIETNAMSKIEJ DAN CHIM VIET juz nie! Z tymi blokadami jest kiepsko, w wydziale cenzury pracuje 20 informatyków i trochę blokują - ale nie jest tak źle. #5. "Prawo nakazuje okazać dowód tożsamości właścicielowi kafejki internetowej, a ten powinien zanotować odwiedzane strony na wypadek pytań policji" To martwy przepis, jak bywam w Wietnamie od 10 lat nikt nie sprawdza co robisz w kafejkach. Nikogo, z policją włącznie nie interesuje kto i co ogląda. #6. "Mimo to zdarzają się wpadki. Na przykład jesienią 2002 roku trzeba było ukarać gazetę "Sinh Vien". Pewnemu redaktorowi sprzykrzyły się bezbarwne strony i artykuł o piramidach finansowych zilustrował banknotami spłukiwanymi do toalety. Całkiem pomysłowo, uważał. Ale władze ujrzały co innego: Ho Szi Min spłukany! I na nic nie zdały się zapewnienia redaktorów, że nie wybrali ojca narodu celowo, gdyż znajduje się on na wszystkich nominałach. Za karę zawieszono tytuł na dwa miesiące" - znam tą historię pierwszorzędna. Ale ku zmartwieniu wszyskich czytelników podobnie jest w całej Azji. Również w krajach demokracji wielopartyjnych. W Tajlandii, Malezji, Indonezji o Chinach nie wspomnę również grozi kara za profanowanie lokalnych liderów. Myślę, że to ogólnie azjatycki koloryt. Cześć liderom, szczególnie tym którzy nieżyją jest wielka. #7. "Niezwykle trudno jest wypowiadać się na temat przyszłości Wietnamu, gdyż jego przywódcy, chwalebni zwycięzcy wojny z USA, zdają się jeszcze bardziej paranoiczni i wyalienowani z własnego społeczeństwa niż byli władcy radzieccy". Natomiast zaskoczył mnie Pan używaną retoryką komunistyczną. Pisze Pan o wojnie z USA - Wiem, że wychował się Pan na prasie PRL i popełnia automatyczną wstawkę. Proszę jednak pamiętać, że wojna o któej Pan pisze była WOJNĄ DOMOWĄ - lub jak można spotkać w źródłach historycznych (i nie mam tu namyśli gawęd Moniki Warneńskiej and Żukrowskiego) II WOJNY INDOCHIŃSKIEJ. Wietnam nie prowadził wojny z USA w całej swojej historii. Owszem była interwencja wojsk SEATO pod dowództwem USA, ale to zupełnie inna historia. #8. Gazety zapytały kto jest najpiękniejszą kobietą - jak dobrze mi się wydaje była to gazeta Tuoi Tre. Została nią Thuy Mai Phuong - Miss World 2006. Też myślałem, że wygra wujek Ho, ale nie tym razem Bruner....hahahaa #9 Niestety VNE i FPT podlegają URZĘDOWI CENZURY i PUBLIKOWANE PRZEZ NICH WIADOMOŚCI MUSZĄ MIEĆ ZGODĘ CENZURY NA PUBLIKACJĘ - WIĘC TO TEŻ TAKA POŁOWICZNA WOLNOŚĆ. To tak jak w GAZECIE WYBORCZEJ - komentarze i sprostowania nie są publikowane, nikt nawet nie odpowiada na maile. Gazeta też ma monopol na wiedzę, choć mniejszy niż ten w Wietnamie. GENERALNIE ARTYKUŁ NA 4+; zamiast komentarza dodaję, myślę że trafnie: Artykuł podesłał mi niezastąpiony Filip Litewka, więc spełniając jego oczekiwania zamieszczam go w blogu wraz z krótkim komentarzem poniżej....Dyktaturze proletariatu rośnie konkurencjaMaciej ZarembaRząd może bez przeszkód znęcać się nad swoimi Michnikami, bo kandydaci na Wałęsę pootwierali już własne firmyNie udało mi się wejść do "Nhân Dân", wietnamskiej "Trybuny Ludu". Naczelny się nie zgodził. Szkoda. Ciekawie byłoby przysłuchać się dyskusji, co dać na pierwszą stronę: "Znaczenie rewolucji październikowej dla postępu sprawą całego narodu" czy raczej "O dalsze umacnianie przyjaźni z Białorusią"? Chciałem pooddychać powietrzem w gazecie, gdzie 350 pracowników produkuje osiem stron dziennie, których prawie nikt nie czyta. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, co daje szwedzkie wsparcie. Za pieniądze szwedzkiego podatnika tam, w środku, toczy boje dwóch szwedzkich dziennikarzy. Ich zadaniem jest sprawić, by "Nhân Dân" było jeszcze lepsze. Ale już w samolocie linii Air France mam wrażenie podróży w czasie. Stewardesy są jakby żywcem wyjęte z "Elle", ale gazety niczym z epoki kamiennej. Tędzy mężczyźni w garniturach podają sobie ręce pod czerwonymi sztandarami, a teksty deklarują. Tak, ten język znam na pamięć. "Dalsze sukcesy... na wszystkich frontach! Mimo... przejściowych trudności!". Kraj, do którego lecę, właśnie dotknęły powodzie, utonęło ponad sto osób, ale na zdjęciach nie widać zniszczeń, tylko uśmiechniętych wieśniaków, którzy przyjmują worki z ryżem od pyzatych kadr. Trzy razy próbuję od pogranicznika w okienku uzyskać odpowiedź na moje "Good morning". Ze wzrokiem wbitym w przestrzeń oddaje mi paszport gestem, jakby odganiał psa. "Welcome to Vietnam", mówię do siebie. Dotąd były mieszkaniec PRL-u może czuć się jak ekspert. Ale już po drodze z lotniska pojawia się niepewność. Po obu stronach ciągną się wielkie hale ogrodzone drutem kolczastym, tu i ówdzie z wieżyczką strażniczą. Na fasadach powinny być hasła typu "Niech żyje plan pięcioletni". A tam są napisy: "Panasonic", "Mercedes" i "Yamaha". W centrum Hanoi zaś wszyscy dokądś zmierzają, ale w wielkim pośpiechu. Wygląda, że mają za czym gonić. Serce dla Electroluksa Od kiedy Komunistyczna Partia Wietnamu dopuściła prywatne przedsiębiorstwa, wzrost gospodarczy stabilnie utrzymuje się na poziomie 8 procent. Siedem lat temu Hanoi jeździło na rowerach, dziś na japońskich motocyklach. Reklamy przysłaniają hasła wzywające do socjalistycznego współzawodnictwa. Jest barwnie, gorączkowo, witalnie. Na poziomie ulicy prawie nic nie przypomina, że przebywamy w jednej z najsurowszych dyktatur świata. Zgodnie z optymistyczną teorią państwa totalitarne skazane są na głodzenie obywateli. Dlatego koniec końców muszą upaść. Bez praworządności i wolności słowa sklepy zaczynają świecić pustkami. Ale co sprawdziło się w Związku Radzieckim, nie chce sprawdzać się tutaj. W Chinach i w Wietnamie możliwa jest widocznie pierestrojka bez głasnosti, kapitalizm bez liberalizmu i - równocześnie - pełnia komunizmu bez odrobiny równości. Mercedes i IKEA, Sony i ABB zdają się znakomicie czuć w tym środowisku. Bo kiedy da się w łapę za niezbędne zezwolenia, ma się prawo korzystać z taniej i bezbronnej siły roboczej. W najczarniejszej wizji Karol Marks nie mógł przewidzieć takiego finału swojej utopii: dyktatura proletariatu gwarantuje, że związki zawodowe nie staną kapitaliście na drodze. Zakładam, że czytelnikowi nie jest znana pisarka Tran Khai Thanh Thuy. Gdyby była Czeszką i mielibyśmy lata 80., z pewnością byśmy o niej usłyszeli. Thuy aresztowano w kwietniu ubiegłego roku pod zarzutem zagrażania bezpieczeństwu Wietnamu. Pisała eseje o demokracji, krytykowała rząd i założyła związek zawodowy. Przed osadzeniem jej w areszcie nr 1 w Hanoi rząd próbował perswazji: nasłano na jej mieszkanie bojówkarzy, którzy wyzywali ją od kurew i straszyli pobiciem. Nie, policja nie może jej chronić, dopóki "budzi gniew ludu". Obecnie 47-letniej Thuy, chorej na gruźlicę i cukrzycę, grozi 12 lat za kratkami. - Dopóki wszystkie wskaźniki rosną, nie ma specjalnych widoków na demokratyzację - mówi mi znajomy dziennikarz w Hanoi. Rząd Wietnamu może bez przeszkód znęcać się nad swoimi Michnikami, bo wietnamscy kandydaci na Wałęsę pootwierali już własne firmy. Mój rozmówca tłumaczy mi, że wietnamscy demokraci są dużo bardziej samotni niż swego czasu Vaclav Havel. Praktycznie jedyną ich ochroną są protesty zagranicy. Zwłaszcza gdyby nadeszły ze Szwecji - "ojczyzny Palmego, która uchodzi za sprzymierzeńca Wietnamu. W dodatku socjalistycznego". Przeglądam stronę internetową Centrum Palmego w Sztokholmie ("Na rzecz demokracji i praw człowieka"). Jest tam mowa o Birmie, Pakistanie, Kambodży. Ale o pani Thuy i innych wietnamskich więźniach sumienia ani słowa. "Niestety, nie pracujemy tak dużo z Wietnamem", tłumaczy odpowiedzialny za Azję Jan Hodann. W ambasadzie w Hanoi dowiaduję się, że Szwecja nie protestuje publicznie przeciwko nękaniu związkowych aktywistów. Ale gdy nikt nie patrzy, przekazujemy wietnamskiemu rządowi listy uwięzionych i podpisujemy się pod krytyką kierowaną z Unii Europejskiej. Skąd taka wstydliwość? Czyżby stąd, że swój kapitał zaufania Szwecja zużyła na co innego? Nie trzeba być jasnowidzem, by domyślić się związku pomiędzy tą taktownością a ciepłym przyjęciem, z jakim w Wietnamie spotykają się Electrolux, Ericsson i inni. W takim razie prawdą jest - jak ktoś gorzko zauważył - że najlepszym przyjacielem tutejszej dyktatury jest szwedzki emeryt, którego oszczędności ulokowano w akcjach wietnamskich przedsiębiorstw. Smutno byłoby, gdyby to była cała prawda. Ale okazuje się, że w niektórych dziedzinach żądza zysku przynosi zupełnie nieoczekiwane skutki. Dlaczego nie ma urodzin towarzysza Castro? Zdaniem Reporterów bez Granic pod względem wolności prasy Wietnam - w towarzystwie Chin i Iranu - plasuje się na szarym końcu listy 162 państw. Pracownikowi państwowemu nie wolno rozmawiać z dziennikarzem. Gdy w Hanoi wstukać do wyszukiwarki "human rights Vietnam", komputer odpowiada "page not found". Prawo nakazuje okazać dowód tożsamości właścicielowi kafejki internetowej, a ten powinien zanotować odwiedzane strony na wypadek pytań policji. 700 tytułów prasowych (podobnie jak radio i telewizję) kontroluje partia komunistyczna. Mimo to zdarzają się wpadki. Na przykład jesienią 2002 roku trzeba było ukarać gazetę "Sinh Vien". Pewnemu redaktorowi sprzykrzyły się bezbarwne strony i artykuł o piramidach finansowych zilustrował banknotami spłukiwanymi do toalety. Całkiem pomysłowo, uważał. Ale władze ujrzały co innego: Ho Szi Min spłukany! I na nic nie zdały się zapewnienia redaktorów, że nie wybrali ojca narodu celowo, gdyż znajduje się on na wszystkich nominałach. Za karę zawieszono tytuł na dwa miesiące. Może zdradzę, że to Szwedka wpadła na pomysł ilustracji? Była jedną z 50 dziennikarzy z Instytutu Dokształcania Dziennikarzy "Fojo" w Kalmarze, którzy za szwedzkie pieniądze od 1998 roku przez tłumacza uczą wietnamskich kolegów, jak robić nowoczesną gazetę. Krytycy twierdzą, że Szwecja kosztem 50 milionów koron (ok. 20 mln zł) pomaga dyktaturze ładniej opakowywać propagandę. Cóż, to może tak wyglądać. Ale wtedy nie bierze się pod uwagę osobliwych efektów żądzy zysku. Od kiedy państwowym gazetom wolno zarabiać, zaczęły rywalizować o względy czytelników. Odkrycie pierwsze: jeśli nieco stonować komunikaty partyjne, nakład zaczyna rosnąć. Odkrycie drugie: czytelnicy chcą wiedzieć, jak w kraju jest, a nie jak powinno być. I tak dalej. Co wtorek redaktorzy naczelni wzywani są do biura propagandowego partii. Dostają tam wiadomości nadchodzącego tygodnia i upomnienia za to, co zrobili z ubiegłotygodniowymi. "Dlaczego urodziny towarzysza Castro nie znalazły się na pierwszej stronie?". Naczelni poddają się samokrytyce, obiecują poprawę, ale już nazajutrz popełniają nowe błędy. Najbardziej jaskrawe nieposłuszeństwo miało miejsce w 2006 roku, kiedy to mediom udzielono instrukcji napiętnowania ministra transportu. Poświęcono go, by pokazać, że partia nie toleruje korupcji. Jednak wiele gazet podchwyciło trop na własną rękę - oj, ilu znalazło się łapówkarzy, zanim rząd nie zabronił dalszego zainteresowania sprawą. Niezdrowo jest zwracać uwagę Jak wynika ze szwedzkiego raportu "Media in Vietnam" (2006), presja rynku już odmieniła część państwowej prasy. Jakby Wietnamczycy poprzez kioski z gazetami próbowali wywalczyć tę możliwość wyboru, której odmawia im się przy urnach. I nie można wykluczyć, że Szwedzi rzeczywiście przyczynili się do tej przemiany. W kwietniu 1999 roku młody człowiek o nazwisku Duc Thang zostaje zaproszony do Sztokholmu. Jest dziennikarzem w Loadong, prawdziwej betonowej twierdzy. Dobrzy Szwedzi zaprezentowali instytucję rzecznika etyki prasowej, ochronę źródeł dziennikarskich i inne nieosiągalne smakołyki. Thangowi najbardziej jednak zaimponowały strony internetowe. "Jak wrócę, to zrobię taką" - powiedział. A gospodarze uśmiechnęli się przyjaźnie i wyrozumiale, bo jeden na stu Wietnamczyków miał wtedy dostęp do internetu. Osiem lat później tenże Thang jest redaktorem naczelnym jednego z największych portali informacyjnych na świecie. Jego ukazujący się tylko po wietnamsku "VN-Express" odnotowuje 6 milionów gości dziennie. To wręcz niewiarygodne, bo CNN (po angielsku) ma mniej. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że portal ten odwiedza 300 razy więcej osób niż oficjalną partyjną gazetę "Nhân Dân". Gazeta jest w stu procentach subwencjonowana, portal żyje wyłącznie z reklam. Rozmawiać z Thangiem jest równie trudno, jak do niego trafić. Ani na fasadzie, ani w holu wejściowym nic nie zdradza, gdzie mieści się "VN-Express". Także na trzecim piętrze, na drzwiach redakcji, nie ma żadnego szyldu. Jakby największa wietnamska gazeta uznała, że niezdrowo jest zwracać na siebie uwagę. - Mieliśmy pomysł, by robić gazetę obiektywną, bez propagandy - mówi Thang. - I to wystarcza, by stać się największym w kraju? - Na to wygląda. Najchętniej trzyma się faktów: że "VNE" ma 70 reporterów w Hanoi, 20 w Sajgonie (Hoszimin), że rzadko korzysta z jedynej w kraju agencji prasowej, że nie mają odredakcyjnych wstępniaków ani komentarzy. - Dlaczego nie? - pytam. Thang uśmiecha się i potrząsa głową. W jaki sposób pisze o procesach politycznych? Thang patrzy za okno i mówi, że wdzięczny jest szwedzkim nauczycielom z "Fojo", którzy mają takie postępowe poglądy na etykę prasową. Na przykład, że nie publikuje się nazwisk ani podobizn osób, które nie zostały skazane prawomocnym wyrokiem. Dowiaduję się później, że „VN-Express” nigdy nie pisze o procesach politycznych oraz że unika szeregu innych drażliwych tematów. „To żadna ujma - stwierdza pewien dziennikarz - to krok do przodu. W niemal każdej gazecie można przeczytać wersję oficjalną. »VN-Express « nie chce jej publikować. A kiedy nie mogą pisać całej prawdy, nie piszą nic, bo półprawdy są często gorsze od kłamstwa”. „Z tego samo powodu - mówi mi - »VNE « rezygnuje z komentarzy redakcyjnych. - Jeśli się ktoś wypowiada o jednym, a potem nie może pisnąć o drugim, to już lepiej nie wypowiadać się wcale”. cdn. (artykuł podzielony bo blog nie przyjmuje tak długich wpisów!)
sobota, 23 lutego 2008
Gazeta Wyborcza rozpoczęła ciekawy wątek dyskusyjny, ale poziom dziennikarstwa jest nieco zaniżany przez wybiórczy dobór faktów. Ale zacznijmy od przytoczenia dwóch artykułów. Poniżej pozwolę sobie zamieścić mój komentarz. ARTYKUŁ I Bezpieka z Wietnamu w PolsceWojciech Czuchnowski, Łukasz Krajewski2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-22 20:21 Służba bezpieczeństwa komunistycznego Wietnamu wykorzystuje umowę z Polską do prześladowania opozycji.- Wiemy, że do Polski przyjechała delegacja rządu wietnamskiego, ale nie informowano nas, że są w niej przedstawiciele służby bezpieczeństwa, którzy zajmują się sprawami konkretnych obywateli Wietnamu - mówi rzeczniczka MSWiA Wioletta Paprocka. Ale ks. Edward Osiecki, który w Warszawie opiekuje się społecznością wietnamską, twierdzi, że regularnie otrzymuje od swoich podopiecznych skargi, że po zatrzymaniu przez polskie służby - głównie Straż Graniczną - są oni przesłuchiwani przez ludzi z wietnamskiej bezpieki. Dowodem na to, że polskie władze współpracują z wietnamską służbą bezpieczeństwa, jest pismo, które ks. Osiecki otrzymał 25 stycznia z Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie. Potwierdza ono wizytę w dniach 17 do 24 lutego "ekspertów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Socjalistycznej Republiki Wietnamu". Podkreśla też, że decyzja w sprawie kart pobytu dla trzech uchodźców jest "uzależniona od wyników tej wizyty". - Polska jest obecnie największym na świecie emigracyjnym ośrodkiem wietnamskiej opozycji antykomunistycznej, stąd aktywność wietnamskiej bezpieki - tłumaczy ks. Osiecki. Wietnam jest jednym z ostatnich na świecie reżimów komunistycznych. W 2006 r. w Warszawie odbył się zjazd założycielski organizacji Wietnamski Komitet Obrony Robotników. Uczestniczyli w nim przedstawiciele wietnamskiej emigracji z całego świata. Wietnamska bezpieka szczególnie interesuje się działalnością Komitetu. Funkcjonariusze wydziału A18 wietnamskiej Milicji Ludowej (czyli służby bezpieczeństwa) przyjeżdżają do Polski na podstawie umowy o wzajemnym przekazywaniu obywateli, jaką oba kraje podpisały w 2004 r. - Ta umowa wykorzystywana jest do walki z opozycją - mówi Robert Krzysztoń, współpracownik Amnesty International. Według relacji zebranych przez Krzysztonia w areszcie deportacyjnym Straży Granicznej na Okęciu prowadzone są przesłuchania wietnamskich uchodźców prowadzone przez funkcjonariuszy bezpieki z Wietnamu. Dzwonimy do przesłuchiwanych Wietnamczyków. Tłumaczy Ton Van Anh, Wietnamka przebywająca w Polsce i działająca w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa. Jeden z rozmówców (wszyscy proszą o anonimowość) dwukrotnie uciekał z ojczyzny, bojąc się prześladowań. Złożył w Polsce wniosek o status uchodźcy, przez co jest chroniony konwencją genewską. Przed przesłuchaniem nikt nie powiadomił go, z kim ma rozmawiać. - Przesłuchiwało mnie dwóch mężczyzn i kobieta z A18. Bałem się, więc podpisałem. co mi podetknęli - mówi. Podobnie relacje składa czterech jego znajomych z Okęcia. Z zeznań Wietnamczyków wynika, że bezpieka namawia ich do współpracy w rozpracowywaniu wietnamskiej emigracji w Polsce, w tym przedstawicieli opozycji wobec rządu komunistycznego. Straszono ich, że jeśli odmówią, to zostaną deportowani. Ppłk Wojciech Zachariasz, rzecznik SG, który w czwartek zaprzeczał, by w przesłuchaniach brali udział funkcjonariusze z Wietnamu, wczoraj mówił już: - To nie jest pytanie do mnie i odmawiał dalszych komentarzy. W czwartek byliśmy w Wólce Kosowskiej, gdzie w środę rano straż graniczna zatrzymała 89 Wietnamczyków. Wśród zatrzymanych jest kilkanaście osób, które są na liście wietnamskiej bezpieki. Źródło: Gazeta Wyborcza link do artykułu: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4955536.html Szanowni Państwo, przy pisaniu artykułów stosuje się dużo uproszczeń, ale bez przesady. Zacznijmy od początku. W Wietnamie istnieje BO CONG AN czyli Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Nazwa w polskim tłumaczeniu wydaje się nieco straszna, wielu osobom kojarzy się z latami reprezji stalinowskich i prześladowaniami. Ale ma się to nijak do lingwistycznych konotacji tej nazwy. Słowo "bo" (z odpowiednimi tonami wietnamskimi oczywiście) znaczy Ministerstwo. "Cong" znaczy publiczne, wspólne. "An" oznacza harmonię, spokój, bezpieczeństwo. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, nawiązując do tłumaczenia pełni podobne funkcje do MSWiA w Polsce. Z pewnością jednostki tego ministerstwa prowadzą wyżej wymienioną działalność. Pierwsze pytanie: dlaczego prowadzą ją na terytorium Polski? Pytanie drugie: dlaczeczaego nie ma w artykule komentarza Ambasady Wietnamu w Polsce. Wietnam jako kraj autorytarny i monoprartyjny ma ścisłą strukturę i nadzór nad działaniami. Żadna wietnamska jednostka policyjna nie może działać bez współpracy i wiedzy Ambasady. Teraz troszkę informacji na temat. Podane w "Wyborczej" informacje odwołują się do autorytetów Pani Ton Van Anh i Pana Roberta Krzysztonia, którzy są prywatnie bardzo sympatycznymi ludźmi. Niestety ich wiedza na temat Wietnamu jest delikatnie mówiąc wybiórcza. Natomiast ich podejście do wszystkiego co związane z socjalizmem oraz komunizmem wietnamskim (mimo, że często tylko z nazwy! rzeczywistośc wietnamska jest inna - ale to nie miejsce na dłuższe wywody na ten temat) jest mocno ideologiczne. Chętnie widziałbym opinie osób podchodzących do tematu bardziej merytorycznie. Słynna jednostka A18 "Wietnamskiej Milicji Ludowej" (podaję za artykułem. Milicja Ludowa "Cảnh sát nhân dân" zajmuje się zupełnie czymś innym, ale to dla autorów drobny szczegół) nosi nazwę: Cục Quản lý xuất nhập cảnh (A18) czyli w polskim tłumaczeniu: Wydział Imigracyjny (tlumaczenie wietnamskie przynosi kolejne ciekawe konotacje - ale o tym innym razem). Posiada nawet stronę internetową: http://www.vnimm.gov.vn/Indexe.asp. Nie jest więc chyba taka tajna jak można wnosić z artykułu. Miałem osobiście przyjemnośc kontaktować się z nią wielokrotnie w/s wizowych. Rzeczywiście jej pracownicy są raczej nieuprzejmi i gruboskórni, ale nie odbiega to standardami od zachowania się polskich służb o podobnym statusie. Myślę, że Ci którzy przekraczają często granicę doskonale wiedzą o czym mówię. Wietnamscy funkcjonariusze Urzędu Imigracyjnego przesłuchują zatrzymanych w Polsce nielegalnych emigrantów. Robią to bo pozwala im na to umowa zawarta z polskimi władzami, a secondo starają się ustalić w jaki sposób nielegalny emigrant bo o takich mówimy opuścił Wietnam - większośc emigrantów opuszcza Wietnam nielegalnie. Dlaczego tak robi, trudno powiedzieć - bo w chwili obecnej każdy może otrzymać paszport w Wietnamie i wyjechać - pod warunkiem, że ma wizę wjazdową do kraju przeznaczenia. Jeżeli jej nie ma zostanie cofnięty z granicy. Nie twierdzę, że nie ma w Polsce uchodźców politycznych z Wietnamu, w tym przeciwników Partii i obecnego ustroju autorytarnego. Jednakże większość przypadków zatrzymań stanowią nielegalni emigranci. Polska straż graniczna jest powołana do tego aby takich nielegalnych przybyszów łapać i wysyłać do kraju z którego przybyli. Może to wydaje się niemiłe i brutalne, ale takie są przepisy i realia polityczne. Karygodne w tym artykule może być co najwyżej to, że polskie władze nie przesłuchują wietnamskich "aresztowanych" w towarzystwie polskiego tłumacza znającego wietnamski język. Zaręczam, że tacy są w Polsce. Jeżeli chcą Państwo wiedzieć kto przyjeżdża do Polski z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (Cong An) oraz z wydziału A18 wystarczy zapytać Konsulat RP w Hanoi. Każdy z oficerów pojawiających się w Polsce ma wizę wystawioną przez polskiego urzędnika konsularnego. Pan pułkownik Zachariasz raczej nie powie nic ciekawego - bo on jest od roboty, a możliwośc pobytu i działań w Polsce określają umowy międzynarodowe oraz MSZ (jak choćby wspomniana wcześniej wiza). __________________________________________________________________________________ ARTYKUŁ II Już dawno się tak nie wstydziłem za mój krajSeweryn Blumsztajn2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-22 20:32 Polska straż graniczna zatrzymuje kilkudziesięciu Wietnamczyków, traktując ich wyjątkowo brutalnie, po rasistowsku po prostu. Trafiają do aresztu, żeby mogli być przesłuchani przez funkcjonariuszy wietnamskiej bezpieki. I to ci panowie zadecydują, czy uchodźcy zostaną do Wietnamu deportowani.
link do artykułu: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4955542.html Szanowny Panie, Zamiast się wstydzić lepiej się dowiedzieć! O deportacji lub pozostaniu na terytorium RP decydują odpowiednie organy polskie. Jeżeli tego nie robią to wypada tylko nad tym ubolewać. Wietnamski Urząd Imigracyjny, a nie jak Pan podaje bezpieka zajmuje się weryfikacją pod kątem łamania prawa wietnamskiego (nielegalne przekroczenie granicy). Pomówienie Straży Granicznej o współprace z Wietnamskim Urzędem Imigracyjnym jest uzasadnione; ale udowadnianie, że jest to współpraca decydująca o pozostaniu w Polsce lub deportacji wydaje mi się daleko idącą fantazją. Może nie podobać się Panu polska i unijna polityka emigracyjna. Ale takie są realia prawne. Nie ma to nic wpólnego z etosem "Solidarności", "KORem" i tak dalej; ale z prostą realizacją bieżących zadań państwa. Nie wiem skąd tyle etosu - patosu, a konkrety??? Proszę przyjąć do wiadomości, że większość emigrantów na których "dyba" Straż Graniczna jest w Polsce nielegalnie. Nie są to żadni uchodźcy polityczni (choć jak napisałem poprzednio nie twierdzę, że takowych nie ma) tylko w większości mieszkańcy północnych prowincji Wietnamu zwabieni wizją zarobku i lepszego życia w Polsce, a tym samym w Unii Europejskiej. Napewno ich sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia, ale nie ma to nic wspólnego z opozycją antykomunistyczną. Polska, ma opinie wśród Wietnamczyków jako kraj gdzie jak się wjedzie to można zostać i napewno się uda. Łapówki daje się łatwo więc przestrzeganie prawa nie koniecznie jest ważne. Tworzy to zamknięte koło i getto ludzi żyjących we własnym wietnamskim świecie w Polsce. Może zamiast wylewać krokodyle łzy, warto byłoby podjąć działania zmierzające do weryfikacji i ustalenia statusu obywateli Wietnamu przebywających na terytorium Polski. A wobec tych, którzy złamali prawo (w tym nielegalnie przekroczyli granicę) wyciągnąc konsekwencje zgodne z Polskim prawem i z umowami, które podpisała Rzeczpospolita Polska (a nie PRL!) z Socjalistyczną Republiką Wietnamu (choć to socjalizm tylko z nazwy!).
niedziela, 17 lutego 2008
TAN KY - GDZIEś W GóRACH PROWINCJI QUANG NAM
Huong Khe w niczym nie przypomina ruchliwych, pełnych gwaru i zgiełku miast na wybrzeżu. Mój przyjazd był chyba głównym wydarzeniem dnia. Ulice w mieście są zupełnie puste, nie ma ruchu, gorące południowe powietrze zmusiło wszystkich mieszkańców do pochowania się po domach. Zabudowa jest niska większość domów ma jedno -, dwa piętra. W centum jest trochę więcej budynków kilku piętrowych. Szukam czegoś miłego dla oka, jakiegoś miejsca z wielkim neonem, może restauracji weselnej, dużej pijalni. Nic z tego. Szybkie skojarzenie .... Jezioro. Zazwyczaj nad jeziorami są knajpki i miejsca do jedzenia. I tym razem pomyłka - okazuje się, że lokalne jezioro owszem jest. Owszem otoczone jest parkiem, roślinnością, ale żadnego sensownego miejsca, są kawiarnie - ale w nich raczej nie ma nic sensownego do zjedzenia . Kręcę się jeszcze chwilę i ostatcznie decyduję się na Cafe Mexico. Co lepszego mogę wybrać, w górach, w Wietnamie - kraju który jest czołowym producentem kawy, głodny - tylko CAFE MEXICO. Zaglądam do środka, za bambusowym barem siedzą leniwie dwie kelnerki. Podchodzę do nich, sprawdzam menu - kawa i napoje. SIC! Pytam co jest do jedzienia, okazuje się, że jest szansa na kluski z torebki i jajko sadzone. Oczywiście do tego kawa. Wspaniale. Biorę.
BRAMA WJAZDOWA DO HUONG KHE WIDOK Z CAFE NA JEZIORO - ŁADNE GACIE MEXICO CAFE Huong Khe jest znaczącym miejscem na mojej trasie. Tu mija 500. kilometr na liczniku. Nie ma co, sporo już przejechałem. Pamiątkowe zdjęcie, wkładam kask - zgodnie z treścią ze znaku drogowego i wyruszam "ku wycieczce, ku przygodzie".
"ZAŁÓŻ KASK - DOTYCZY WSZYSTKICH JADĄCYCH MOTORAMI I RIKSZAMI MOTOROWYMI". Tu jest jeszcze lepiej niż wcześniej. Kompletna pustka, mijam co kilka minut pojedyncze motory i samochody. Na drodze nie ma praktycznie nikogo. Naprawdę niesamowite uczucie jak na Wietnam. Coś jest nie tak - potem dowiem się od Wietnamczyków, że to czego najbardziej się boją w takich trasach to samotność. W pewnym momencie z lewej stony spośród pagórków wynurza sie żelazny jęzor kolei. Pojedynczy to nieśmiało zbliża się, aby wkrótce równolegle biec z drogą. Swoista atrakcja - ciekawe jakie były plany i dlaczego kolej wdarła tak głęboko w ląd. Normalnie główna linia kolejowa leci wzdłuż wybrzeża łącząc Sajgon z Hanoi. Zbudowali ją jeszcze Francuzi za czasów kolonialnych. Linia kolejowa przypomina trochę wąskotorówkę i biegnie zazwyczaj jednym torem. Podobno nieustannie jest modernizowana i ulepszana - ale mam wrażenie że wygląd infrastruktury niewiele zmienił się od 1954 roku. Może kupiono nowe wagony i pracują nowi ludzie, a cała reszta wygląda mocno jak z poprzedniej epoki i to nawet w porównaniu do PKP i trasy relacji Lublin - Stalowa Wola Rozwadów. Z czasem robi się ciekawiej. Mijam mostek, most, pojawia się budka dróżnika (w Wietnamie każdy most i przejazd posiada budkę z dróżnikiem), zwalniam i napawam się pomniejszoną koleją wietnamską.
Wspaniała żelazna linia przybliża się i oddala. Faluje wraz z drogą, aby zniknąć za jedym z pagórkow i już się nie pojawić. Droga nr. 2 staje się coraz bardziej wymagająca. Wznosi się i opada. Ostro wirażuje pomiedzy skałami, krajobraz jest zupełnie bezludny. Puste skrzyżowania, puste wioski - kompletnie nie do wyobrażenia widok w Wietnamie. Zaczynam odczuwać niepokój. Po drodze mijam wielkie wieże kościołów - ciekawe bo Nghe An to bardzo komunistyczna prowincja, tu urodził się lider ruchu komunistycznego Ho Chi Minh. Asfaltowa droga nagrzewa się niczym patelnia. Słońce pali niemiłosiernie twarz i szyję - pot kapie. Mimo zmęczenia trudno znaleźć jakieś miejsce na przystanek - w końcu jednak spośród malowniczych, lasów i zarośli wyłania się przydrożny bar. Czas na przerwę....i zdjęcia z drogi.
WSPANIAŁE WIDOK I URWISKA ....
GIGANTYCZNE WIEŻE KOŚCIOŁÓ I DŻUNGLA .....
SAMOTNE DOMKI, OSTRE ZAKRĘTY ....
WIOSKI BEZ LUDZI, ALE ZA TO DOBRZE OZNAKOWANE.... _______________________________________________________________ W kocu znajomy widok KAMAZA przy drewnianym domku. Jest upragniona restauracja.....
... w środku Pan Tuan i jego rodzina oraz załoga Kamaza. Krótka opowieść o drodze, łamany wietnamski działa, właściciel przydrożnego baru pochodzi w wybrzeża, rozumie "szkolny" wietnamski. Opowiadam o podróży i dotychczasowych przygodach racząc się herbatą i ciastkami. Kilka minut wytchnienia, obowiązkowe zdjęcie i w drogę ....
... za skrzyżowaniem droga wygląda jak poprzednio. Idealnie płaska i idealnie bezludna. Po raz pierwszy zdecydowaną przewagę zyskuje dżungla. Głośne cykady, piski, pokrzykiwania ptaków - wspaniała dzika przyroda. Gdyby nie ten asfalt... ....zygzakuję. Skończyła się prosta droga. Mijam pierwszą lawinę, potem kolejną. Co kilke kilometrów droga jest lekko przysypana zwałem czerwono - brązowej ziemi. Przy jednej z lawin spotykam ekipę remontową. Wymieniamy spojrzenia, ale zbliża się wieczór i trzeba jechać dalej. Wstępnie planuję nocleg w Khe Sanh. Powinienem być tam za 2-3 godziny - tak planowałem, jednak okaże się, że droga na mapie nie zawsze odpowiada tej z rzeczywistości....
DROGA - KILOMETR ZA KILOMETREM.....
PIERWSZE OSÓWISKO I DROGA ....
KOLEJNE OSÓWISKO I EKIPA REMONTOWA .... Dojeżdżam do dużego skrzyżowania. Na znaku drogowym jest napisane SKRZYŻOWANIE KHE GAT, na mapie miejscowość Phuc Trach - jestem w prowincji QUANG BINH. Dookoła mnie kilka parterowych budynków wojskowych, administracyjnych. W centralnym punkcie miasteczka stacja benzynowa. Tankuję motor do pełna i odjeżdżam kilka metrów oglądając mapę. Obok mnie przejeżdża motor z wesołymi młodzieńcami. Po chwili zawracają i podjeżdżają zatrzymując się dosłownie metr ode mnie. W oczach pełna, niczym nieskrępowana ciekawość. Odgaduę ich intencję i podaję im atlas, podając pospiesznie miejscowości przez które jechałem. Młodzieńcy obracają atlas kilkukrotnie, i uśmiechają się i odjeżdżają. W końcu o czym można dyskutować z kimś kto przyjechał na motorze z Hanoi przez góry - wariat! Śmiejąc się, odjeżdżają. Rozglądam się chwilę, jest 16 - patrzę na mapę. Droga wygląda nieźle, więc chyba dam radę. Ruszam na południe.... STACJA BENZYNOWA...OSTATNIA PRZED KHE SANH i MŁODZIEŃCY NA MOTORZE
piątek, 01 lutego 2008
Ruda mi wysłała ten majstersztyk. Pokazałem w biurze i moi współpracownicy są zachwyceni. Pytają się czy jest wersja karaoke!!! Myślę, że Jozin z Bazin ma konkurencję. Jest również polski "Donald Mazi". Jestem na kolanach... a to wpadło przy okazji...
czwartek, 31 stycznia 2008
Piosenka rumuńskiego zespołu O-zone jest w Wietnamie hitem na miare dekady! Mimo, iż od jego powstania mineło już dobrych kilka lat - nadal cieszy się on wielką popularnością. Oczywiście jak każdy przebój o nieskomplikowanym tekście i skocznej melodii doczekał się swojej wietnamskiej wersji jezykowej oraz odpowiedniego sformatowania w postaci dzwonków na komórki, wersji karaoke oraz sygnału granego przez ciężarówki podczas cofania! Prawdziwy smaczek daje nam refren piosenki: "numa numa ye", który w Wietnamie ma również wariant "Duma, Duma, ye" - co poprostu oznacza: "K..., k.... mać". No to lecimy. 1,2,3.....
środa, 30 stycznia 2008
McCain zwycięża w prawyborach na Florydziealx, PAP2008-01-30, ostatnia aktualizacja 29 minut temuSenator John McCain, bohater wojnywietnamskiej, którego jeszcze jesienią ubiegłego roku skazywano na porażkę w wyścigu o nominację prezydencką, wygrał we wtorek republikańskie prawybory na Florydzie, pokonując byłego gubernatora Massachusetts Mitta Romney'a.Według niepełnych jeszcze obliczeń głosów, McCain otrzymał ich 36 procent, podczas gdy Romney 31 procent. Na trzecim miejscu uplasował się były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani z 15 procentami głosów, na czwartym - były gubernator stanu Arkansas Mike Huckabee. Dzięki wygranej na Florydzie, gdzie obowiązuje system"zwycięzca bierze wszystko", McCain zyskał wszystkich 57delegatów z tego stanu na partyjną konwencję przedwyborczą w sierpniu, która mianuje kandydata Republikanów na prezydenta. Senator ma teraz najwięcej, bo 93 delegatów, wyprzedzając Romney'a, który zdobył ich dotąd 59. Jak wynika z analiz głosowania, McCain wygrał dzięki poparciu licznych na Florydzie wojskowych i weteranów, dla których istotna była jego wiedza i doświadczenie w sprawach obronności i polityki zagranicznej, oraz twarde stanowisko w sprawie wojny w Iraku. Gremialnie poparli go także Kubańczycy-uchodźcy po rewolucji Fidela Castro, stanowiący na Florydzie silny blok wyborczy, którzy cenią senatora jako zasłużonego weterana konfrontacji z komunizmem. McCain spędził ponad 5 lat w niewoli Vietcongu i był tam torturowany. ORAZ LINK DO CAŁEGO ARTYKUŁU:http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4882087.htmlPrzy przepisywaniu depesz z PAP trzeba mieć trochę litości dla faktów, ale po kolei:John McCain jest załużonym weteranem II Wojny Indochińskiej - zwanej popularnie "wojną wietnamską". John McCain nie mógł stać się niewolnikiem Vietcongu z dwóch powodów: primo był pilotem w eskadrze bombardującej operującym nad Wietnamem Północnym - gdzie Viet Cong nie działał; secondo Vietcong nie dysponował w 1967 możliwościami strącania amerykańskich samolotów wojskowych. A więc kwestii wyjaśnienia: Porucznik Komandor (Lieut. Commander) John S. McCain III 26 pażdziernika 1967 na pokładzie samolotu A4 "Skyhawk" wykonywał lot bojowy, którego celem było zniszczenie Elektrociepłowni Hanoi. Jego samolot został trafiony rakietą SA-2. McCain katapultował się - wylądował w jeziorze Truc Bach.
John McCain był ciężko ranny. Początkowo został osadzony w Hanojskim Więzieniu Centralnym. Władze komunistyczne odmówiły mu pomocy oraz leczenia. Podczas 5. letniego pobytu był wielokrotnie torturowany. Kiedy władze północnowietnamskie zorientowały się, że ojciec McCaina jest wysokiej rangi dowódcą w Marynarce USA - wtedy jego warunki pobytu w więzieniu uległy poprawie. Choć nadal był poddawany licznym torturom. Od 1969 został przeniesiony do Hoa Loa Prison (słynny Hanoi Hilton), gdzie jego warunki pobytu ulegly poprawie. POdczas pobytu w więzieniu oferowano mu zwolnienie, w zamian za podpisanie lojalki potępiającej USA i Południowy Wietnam (z wyjątkiem jednego dokumentu podpisanego w 1968 - gdy był na skraju wycieńczenia fizycznego) McCain nigdy z tej oferty nie skorzystał. Został zwolniony na mocy Porozumień Paryskich (Paris Peace Accords) - 15. marca 1973. W 2000 roku John McCain odwiedził Hanoi ponownie.
Mam nadzieję, że już ten Vietcong pójdzie w odstawkę, bo tylko artykuł o Wietnamie to zawsze wojna i Vietcong. Dla formalności jeszcze jedna informacja: Vietcong, Viet Cong, (Việt Cộng) - nazwa używana przez żołnierzy amerykańskich, a potem przez światowe media, na określenie partyzantów należących do Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu w czasie II Wojny Indochińskiej zwanej: wojną wietnamskią (w USA) lub wojną amerykańską (w Wietnamie) Nazwa Vietcong jest skrótem frazy z języka wietnamskiego Việt Nam Cộng Sản, czyli "Wietnamski Komunista." Pierwotnie terminem tym określano armię partyzancką o nazwie Ludowe Zbrojne Siły Wyzwoleńcze, zbrojne ramię Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego (po wietnamsku Mặt Trận Giải Phóng Miền Nam Việt Nam) lub Narodowego Frontu Wyzwolenia. Na obszarach pod jego kontrolą NFW obejmował także kadry cywilne, m.in. przywódców wiosek, urzędników i nauczycieli. Termin Vietcong uważano niekiedy za uwłaczający, aczkolwiek od czasu wojny wietnamskiej jest on znacznie lepiej znany niż Narodowy Front Wyzwolenia. Sam NFW nigdy nie określał się mianem Vietcongu, utrzymując, wbrew twierdzeniom rządu południowowietnamskiego, że nie jest to ruch komunistyczny, lecz front narodowy, skupiający wszystkie siły przeciwne oficjalnej władzy, zarówno komunistycznej proweniencji, jak i nie związane z komunistami. W terminologii amerykańskiej Vietcong był sukcesorem nazwy Viet Minh, określającej siły kierowane przez Ho Chi Minha w walce o wyzwolenie Wietnamu spod dominacji kolonialnej Francji, w pierwszej wojnie indochińskiej, od 1945 do 1954 roku. Jednak, w odróżnieniu od Viet Minh, który obejmował wszystkie siły walczące przeciwko Francji, Vietcong odnosił się jedynie do sił partyzanckich w Wietnamie Południowym. Regularna armia Wietnamu Północnego nosiła nazwę Ludowa Armia Wietnamu (QUÂN ĐỘI NHÂN DÂN VIỆT NAM). |
Zakładki:
BLOGI
IKONKI
O MNIE
POLSKA W WIETNAMIE
WIETNAMSKIE CONIECO
WWW
|